50 dni i trochę refleksji

W końcu 50 dni do EDD.
Tak jakoś, ten wpis jest historyczny.

Na blogach ciążowych, które czytuje, zauważyłam, iż kolejne wpisy często zawierają określania „już”, „kiedy to minęło”. I ich autorom czas jakoś od tej granicy biegnie szybko. Szczerze liczę, iż i u mnie będzie tak samo i niedługo będę pisać „CIĄŻĄ DONOSZONA”!!! 🙂
Swoją drogą te 50 dni to taka śmieszna granica. Ni to nowy trymestr, ni miesiąc czy nawet tydzień. U dziecka chyba też nie zachodzą jakieś wiekopomne zmiany. A jednak często jest o nim na blogach 🙂

W tym miejscu naszła mnie taka refleksja.
Moja ciąża to same czasowe granice.
Doskonale pamiętam jak byłam w 50-tym dniu ciąży. Och jak ja to pamiętam. Leżałam na patologii, nikt mi nic nie mówił, a ja mogłam tylko leżeć i to na lewym boku. Bite trzy tygodnie. To były najdłuższe 3 tygodnie mojego życia. Wielokrotnie prosiłam Mężula, aby wprowadzili mnie w śpiączkę farmakologiczną, bo jak to potrwa dłużej to jestem pewna, że oszaleje.
Wtedy sobie powtarzała „Byle do 12 tygodnia”. To była moja pierwsza granica.
Kolejną była połowa ciąży, czyli 20 tydzień.
Jednak jak wylądowałam na IP w 18 tygodniu z bólem brzucha i podejrzeniem wyrostka i lekarz mi powiedział ” E takich młodych ciąż nie ratujemy, może po 24 tygodniu”, ta granica szybko się podniosła.
No i w końcu  i ją minęłam.
Ale co z tego, urodzenie w 24 tygodniu to dramat, szybko to zrozumiałam, iż wyznaczyłam kolejną granicę 32 tydzień.
Teraz znów jestem mądrzejsza i wiem, iż odetchnąć będę mogła dopiero w 36 tygodniu. Poza tym wówczas znów zacząć będę mogła chodzić. Jest więc ona dla mnie podwójnie magiczna.
Te wszystkie ciążowe granice, to że w ogóle je wyznaczałam było/jest mega stresujące i wykańczające psychicznie.  Boże ile ja godzin spędziłam czytając czy dziecko ma szansę, ile musi ważyć, jak musi się rozwinąć, aby mieć szansę najpierw na życie, a potem na zdrowe życie. Chyba nie było mi dane, rozkoszować się błogością tego stanu. Prężyć publicznie pięknie brzuszka i emanować radością. Głaskać go w metrze i słuchać, jak ślicznie wyglądamy. No może przestanę, bo mnie weźmiecie za jakiegoś narcyza.
Na swoje wytłumaczenie powiem, że to chyba tendencja mam, które mają ciąże lekko pod górkę.

Moja koleżanka, która jest teraz w 24 tygodniu jest na takim chill out-cie, że tylko jej mogę pozazdrościć. Żadnych objawów, jeździ, podróżuje, łazi ile wlezie i nic. Null, nada, żadnych mdłości, problemów ze snem, czy wizyt w szpitalach. Do lekarza chodzi, bo musi, się po prostu pokazać.

Mimo, iż w ciąży na pewno nabawiłam się pukielka siwych włosów, nie zamieniła bym tego stanu na żaden inny. Lekarz mówili, iż dzieci mieć nie będziemy…a tu Nowy Człowiek ślicznie grzeje się w piekarniku. Lekarze mówili, iż mała ma duże szansę być chora, NT, serducho miało wg ich analiz być złe. NT i serducho są śliczne i zdrowe. Lekarze nie dawali nam szans…a proszę dumnie kroczymy ku końcowi. Nie jest łatwo, ale jestem pewna, iż jak zobaczę tą małą, pucułowatą buźkę to, to wszytko przestanie być ważne i pójdzie w zapomnienie. Prawda jest taka, iż przez pryzmat życia, to tylko 9 miesięcy, a przed nami taka wspaniała perspektywa…

Misako logo

Reklamy

2 thoughts on “50 dni i trochę refleksji

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s