Tydzień 34,35,36 czyli szpital

Od dawna nie pisałam postu o tygodniach ciąży. Usprawiedliwie się pobytem w szpitalu i mocno ograniczonym dostępem do neta. A więc jak to było z tym szpitalem. Wszystko w sumie zaczęło się w dniu publikacji posta o 33 tygodniu. Wieczorem jakoś dziwnie, często zaczął napinać mi się brzuch. I im dłużej to trwało tym ból był coraz to mniej przyjemny, jeśli w ogóle można tak o bólu mówić. O 5 Mężul wyszedł do pracy, a ja przez 3h zwijałam się na kanapie. W końcu po setnym telefonie,Mężul kazał zadzwonić do Brata i poprosić, aby pojechał ze mną do szpitala. Taaa, oczywiście to zrobiłam i sama (głupia) zapakowałam się do Smarka i pojechałam. W swym geniuszu podjechałam jeszcze na stację, aby zatankować, bo nie mam zwyczaju zostawiać auta na rezerwie. Moim docelowym szpitalem była Żelazna. Na moście dostałam jednak takich skurczy, że prawie pod tranwaj nie wpadłam skręcając do najbliższego szpitala, czyt. Inflancka. Wpadłam na IP zapłakana, bo zrozumiałam, że to nie jest mój wimaginowany ból i po tej wizycie na pewno nie zostanę znów nazwana panikarą. Coś było nie tak i było to widać, bo z automatu dostałam kolor czerwony-pacjent nagły. KTG też nie było za wesołe, ewidentne regularne skurcze, póki co z szyjką było oki. Ta noc była starszna. Około 23 byłam na patologii i od tego czasu ciągle robiono mi zapisy KTG i aplikowano magnez w kroplówce, a potem No-spe do mięśniowo. Nie pomogało, a ból przypominał mi 1000 miesiączek , a kiedy przeszedł na plecy myślałam, że umrę. Aby było lepiej dostałam ataku paniki kiedy lekarz przyszedł z porodówki, i oznajmił, że poród na tym etapie to nie tragedia, ale byłoby fajnie jakbym wytrzymała z 2 dni, bo podadzą sterydy na płucka. Nowego Człowieka. Byłam przerażona i bardzo chciałam z kimś się tym podzielić, ale Mężul był w pracy i nic zrobić i tak by nie mógł- nie chciałam go martwić. O 5 rano byłam niemal pewna, że spotkam go dopiero na bloku poporodowym. Z uporem maniaka szukałam na necie info jakie mała będzie mieć szanse jak się teraz urodzi i co to za sterydy. Spanie w grę nie wchodziło, a ja musiałam wiedzieć co nam grozi. Nie wiem jakim cudem, ale skurcze przestały być regularne. Przez następny tydzień walczyliśmy, aby skurcze ucichły. Nie wiem ile litrów magnezu przeszło przez mnie. Mężul nazwał mnie Magneto i pewnie dużo się nie pomylił. Lekarze odmówili podania Feneterolu, choć prosiłam-ponoć zbyt dużo uszczerbki powoduje w zdrowiu matki, a dziecko ma na ty etapue spore szanse- mówi coś o niewspółmierności szans i strat. Jeśli o mnie chodziło mogliby mi nawet coś wyciąć byleby Nowy Człowiek miał choć trochę większe szanse na zdrowy rozwój. Starałam się nie poddawać i powtarzać sobie, że będę nogi krzyżować jak długo się da. Przyznam się, że dni zlały mi się w jedno : 6 rano badania, 7 śniadanie, 8-9 KTG, 12 obiad, 13-15 KTG, 17 kolacja, 19-20 KTG a potem nudy i seriale w TV, 22 lulu. I tak w codziennie. Mężul starał się zabawiać jak się dało, ale musiał też pracować. Był dla mnie wielką podporą psychiczną i fizyczną (ze względu na słabe żyły miałam pokłute ręce i ciągle welfrony i nie miałam się jak sama myć). Pocieszał mnie codziennie, mówiąc, że to już 34 tydzień i 3,4,5,6 dzień i że Nowy Człowiek będzie zdrowy tylko posiedzi chwile w inkubatorze ( to wprawiało mnie czasem w nie pohamowany płacz). Prawdziwy kryzys przeżyłam jak dali nam do pokoju pierwszą „przeterminowaną”. Słuchanie jak to ona nie może urodzić mimo, iż cała ciąże chodziła po 5km, a ostatnio próbowała wszystkiego od współżycia po mycie okien, mnie dobiło. W tak mocnym stopniu, że wylądowałam u szpitalego psychologa i koniecznością przyjazdu mojej mamy, która umie mnie zawsze do pionu postawić za warkoczyki. I tak jakoś dotrwałam do 35 tygodnia i 6 dnia. W polskich szpitalach ( a bynajmniej na Inflanckiej)jest ponoć zwyczaj, iż o utrzymanie ciąży walczy się do skończonego 36 tygodnia, a potem niech się dzieje wola nieba. Byłam tym podejściem przerażona, w szczególności po tym jak na USG okręślono Nowego Człowieka jako „małego średniaka”. Nie wiem czy to stres czy ilości przyjętych leków, ale dzień przed wypisem zaczęłam tracić w niekontrolowany sposób przytomność. Nie wiem co się tego dnia działo dokładnie, jedynym wspomniem jest relacja Mężula, który jak powiedział i tu cytuje „w ciągu 20 minut zestarzałem się o 10 lat”. Straciłam przy Mężulu przytomość i ponoć zleciał się cały oddział i 5 lekarzy, bo nikt nie wiedział co się dzieje. Mężul został wyproszony i tylko patrzył jak wbiegają lekarze, a wybiegają położne. A kiedy usłszał ” sala operacyjna” powiedział, że serce mu stanęło. A kolejne przynoszone kroplówki pogłębiał jego strach. Było mi bardzo przykro, że tak go nastarszyłyśmy, ale do dziś nikt nam nie powiedział co to mogło być, choć moje podejrzenia kierują się na glukozę. Tak czy siak ten epizod zatrzymał nas w szpitalu na kolejny tydzień. I przyznam się, iż po nim naprawdę chciałam wyjść do domu. Nie było nam to jednak dane. W 36,1 tygodniu, w dniu wypisu, ordynator nas cofnął. Lekarz wypisujący pominął wynik KTG, na którym tętno Nowego Człowieka spadło do 80. I burak nic nam nie wyjaśniła tylko przyszła zadowolona z siebie oświadczyć, że wypisu nie będzie no dziecko ma za niskie tętno. I poszła se w cholerę. Ja byłam w takim szoku słysząc, że nie wychodzę ( byłam już spakowana), że dopiero po 5 minutach doszło do mnie co powiedziała o tętnie. Co gorsza mimo, że Mężul zarządał, aby ktoś przyszedł nam wyjaśnić co to znaczy, nikt się nie pojawił. A jako, iż był to piątek, oznajmiono nam, że w weekend są tylko lekarze dyżurni i nic nam nikt nie wyjaśni. Przez te 3 dni byliśmy kosmicznie przewrażliwieni na każdy ruch Nowego Człowieka , a każde KTG analizowaliśmy z książkową szczegółowością (a miałam ich 3 dziennie po 2h każde). Na szczęście wszystko wskazywało na to, że Nowy Człowiek jest jakimś małym sadomasochistą i zaciska sobie pępowinę. Mieliśmy wyjść w poniedziałek, ale coś tam sknociłam z posiewem (sikanie do celu nie jest moją specjalnością) i we wtorek trzeba było o 6 rano badanie powtórzyć. Po czym nas wypuścili dokładnie w 36 tygodniu i 5 dniu. Czyli z ciążą nie mal donoszoną. Odetchnęłam, choć kiedy minął 36,6 tydzień nie potrafiłam odnaleźć się w rzeczywistości, w której po prostu o tak mogę chodzić. I tak naprawdę bardzo ostrożnie zachowywałam się przez kilka dni, chodząc , ale tylko delikatnie po domu. Dopiero informacja, iż mała waży już 2900 gram (czyli osiągnęła moją wagę urodzeniową, az opowiadań mamy wiem, że byłam całkiem spoko bobo) jakoś poczułam się lżej, wiadomość ta mnie uwolniła i odważyłam sie na chodzienie po schodach czy nawet małe porządki. Choć lekarze ciągle mówiom, że jest małym dzieciaczkiem to ja już wrzuciłam na luz. I szczerze dopiero teraz mogę powiedzieć, że w pełni się cieszę ciążą. Mam znów ochote o siebie dbać, spotykać się z ludźmi i wychodzić. Powoli zaczynam zapominać, że leżałam 32 tygodnie, w tym 5 plackiem. Powoli szykuje się na ten nowy etap. A trwającą ciążą mam zamiar delektować się w pełni. Zabrałam się też za długo odkładaną lekturę „Język niemowląt”. Ech teraz MUSI być już tylko dobrze :). A to kilka fotek ze szpitalnego etapu ciąży.

20131105-192111.jpg

20131105-192135.jpg

20131105-192159.jpg

20131105-192217.jpg

20131105-192235.jpg

20131105-192303.jpg

20131105-192324.jpg

20131105-192343.jpg

20131105-192355.jpg

20131105-192408.jpg

20131105-192425.jpg Ach no i wymiary !!! Tak więc ku mojemu wielkiemu zasoczeniu w szpitalu brzybrałam nie cały kilogram. Jedzenie było przednie, choć kanapki z masłem i jedyn plastrem szynki się zdarzały, to obiady były genialne. Nie wspomne o ilości przękąsek, które dostarczał mi Mężul. Tyle słodyczy chyba przez całą ciąże nie zjadłam. Urósł mi za to brzuch i to porządnie, bo ze 102 cm do 107 cm, ale co do tego nie mam żadnych uwag, niech sobie brzusio rośnie, a reszta? BEZ ZMIAN. Całkiem nieźle co nie 🙂 ? Misako

Reklamy

2 thoughts on “Tydzień 34,35,36 czyli szpital

    • misakohime pisze:

      Patologia Inflanckiej bez zarzutów, nie licząc podejścia lekarz, bo to jest tragiczne. Warunki i położne super, ale to inny oddział niż porodówka, o niej dobre rzeczy słyszałam o poporodowej już nie, ponoć położne są tragiczne. O żelaznej w sumie dobre rzeczy mówią – dowiem się nie długo i na pewno dam znać 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s