Jak obdarłam kurę z piór

Bycie kurą domową.

Taka wizja to najlepsza antykoncepcja dla mnie.

I nie chodzi tu o to, że nie szanuje kobiet, które świadomie wybrały taką drogę. Wręcz przeciwnie kobieta, którą darze największym szacunkiem, taką drogę obrała przez 10 lat swojego życia.
Uważam, iż póki robimy to co kochamy, w czym znajdujemy spełnienie to jesteśmy prawdziwymi szczęściarzami, no może po za wyjątkiem zajęć jak bycie psychopatycznym mordercą i temu podobne.

Tak czy siak wracając do meritum.
Bycie kurą domową.
Dla mnie to był wyrok.
Kiedy w końcu Chibi-ciątko pojawiło się po tej stronie brzucha i kiedy w końcu dotarło do mnie, że teraz NAPRAWDĘ, będę z dzieciakiem siedzieć w domu, będę się tym domem musiała zajmować, będę musiała gotować, sprzątać i robić inne „kuro domowe” rzeczy załamałam się.
Osiągnęłam dno.
Siedziałam z moją mamą , która praktycznie sama zajmowała się Chibi, przy wyspie w kuchni i zarzekałam się, że moje życie się skończyło. Stałam się tym czym nigdy stać się nie chciałam. Kaplica. Koniec.Fin. End.
To było masakryczne 6 tygodni. Co gorsza moje dzieciate koleżanki wcale mnie nie pocieszały i mówiły, że tak już zostaje na zawsze.
Nie no po prostu zostaje się tylko powiesić, za kuchenny fartuszek.

Początkowo starałam się walczyć z systemem, tworząc własny system. W tym listę i podział obowiązków, które skrupulatnie pilnowałam ( i wydrukowałam), a niech tylko pan U.(Mężul) próbował coś zaniedbać.
Jak to mówi słynny ks.N. – Jeśli twoja żona rzuca ci mordercze spojrzenia, WIEDZ ŻE COŚ SIĘ DZIEJE.

A się działo…

Głównie co prawda pod moją kopuła, ale się działo.

I jak śmiesznie i chyba żałośnie to zabrzmi, ocknęłam się dopiero po przeczytaniu artykułu w gazecie „Dziecko”, którą zwędziłam z przychodzi razem z siatką z próbkami.
W artykule o partnerstwie jedna kobieta opowiedziała, że u niech działa system, w którym nie ma podziału obowiązków, naturalne jest, że jak jedno kąpie dziecko to drugie np. robi kolację, jak w końcu zacznie przeszkadzać, że na podłodze są klocki, to nie mają wzajemnych pretensji do siebie, że nie posprzątane jest, tylko po prostu sprzątają sami.
Bardzo mi się to spodobało i bardzo przypominało mi to ,co było kiedyś w naszym domu. W czasach przed Chibi-ciątka.
Oczywiście będąc sobą, WYMUSIŁAM i to dosłownie przeczytanie tego artykułu na panie U., i aby mieć pewność, że nie przeoczy tego fragmentu zakreśliłam go długopisem w wiele, wiele, wiele elips. Dodatkowo wcisnęłam gazetę w jego pracowniczy neseser, a jak go wyjął ( jak to się mówi „szynka”) to położyłam ją w jednym miejscu, w którym wiedziałam, że na bank ją przeczyta – czyli w kiblu.
Swoją drogą, nie sądzicie, że w tym przybytku rozkoszy najwcześniej pojawiają się kreatywne pomysły???

Tak czy siak kiedy tak już, niechcący oczywiście, wymusiłam na panie U. przeczytanie tego artykułu i dyskusję w temacie, postanowiłam, że czas puścić zwieracze i dać na luz.

I to był przełomowy moment.
Ale taki naprawdę przełomowy.

Do mojej świadomości doszło, że po pierwsze, wcale nie muszę sprzątać, wcale nie muszę stać przy garach i po drugie i najważniejsze WCALE się tego od mnie nie wymaga.
Okazało się, że to tylko moje urojenie i Mężul nie potrzebuje chaty rodem z Perfekcyjnej Pani Domu.

W domu oczywiście trzeba sprzątać, trzeba gotować, ale to w ramach tzw. „chcenia”.
To podziałało na mnie jak dotknięcie magiczną różdżką.
Nagle w codziennym ogarnianiu znalazłam, no może nie przyjemność, ale tak się to wgrało w mój rytm, że nawet czasem nie zauważam, kiedy to się dzieje. Jakoś tak podczas pierwszej, dziennej drzemki Chibi, zmiotę, złoże naczynia do zmywarki, wykąpie się, zjem i akurat wtedy budzi się młodzieży.
Potem coś wrzucamy do garnka albo któreś natchnione zobaczonymi w TV daniami zorganizuje szame i się wszystko jakoś tak naturalnie toczy.

Nie jest oczywiście ślicznie i słodko. Czasem (z naciskiem na często) buczę i zrzędzę panu U. że syf zostawia za sobą, że zmywarka niewyciągnięta, że znów prania nie  zauważył w pralce (bo o tym bezczelnie wiszącym na suszarce to już nie wspomnę).
On co prawda twierdzi, że w zrzędzeniu osiągnęłam olimpijskie złoto, ale co ja mogę powiedzieć, kiedy ma się tak „doskonałego” trenera.
Jasne, czasem mam ochotę pierdolnąć młotkiem Mężula, czasem mam ochotę wyjść i nie wrócić. Dobra teraz przesadziłam, jak wychodzę to po godzinie tęsknię, do tego moje małego gluta.

Chodzi o to, że czasem mam dość, zmywarka pełna, pralka pełna, kosz na pranie pełen, kocie kłaki są wszędzie, a naczynia stoją wszędzie tylko nie tam gdzie powinny. I chodzi w tym o to, że dałam sobie na luz, jest syf trudno, kiedyś się go posprząta (np. jak w domofonie usłyszysz, że przychodzi nalot pielęgniarki środowiskowej), na obiad bułka, trudno. Po prostu trudno…kiedyś w przypływie natchnienia jedno z nas to zrobi.
Już mnie to nie tyka…obdarłam kurę z piór. Trudno…
Jebana ptaszyna jest łysa … trudno … jest cool 🙂

Trzeba sobie dać na luz i nagle wszystko jakoś samo się układa.
MISAKO logo 2

Reklamy

7 thoughts on “Jak obdarłam kurę z piór

  1. Yduuu pisze:

    Haha i zajebiście! U nas jest tak, że jak już przy dziennym zajmowaniu się Polsonem, nocną pracą i zapierdolu Dziada na sprzątanie nie było czasu, z pomocą przychodzi Pani Irenka i każda godzina pracy na Panią Irenkę jest warta braku stresu, że syf, że pranie, że podłoga, że… i o dziwo odkąd ktoś ogarnia ja ogarniam sama się, sama się bardziej. Nie muszę, dokładnie tak samo pomyślałam, bo ciągłą presję czułam, że jak z Polsonem to, to, to, teraz mam gdzieś i gotuję jak mam ochotę i wdycham cif z wybielaczem również. Życie jest za krótkie żeby się martwić praniem czy zmywarką, Poza tym wprowadzam plan wyrzucania i remontu, czego póki co nie widzę.
    Mądrze Babo!

  2. Świat się kręci wokół Lenki pisze:

    U nas tak samo:) dałam na luz:) są takie dni, że siersci pełno, gary stoją, zabawki porozrzucane, Lena spi a ja leże;) a jak mam wenę to i posprzatam i ugotuje;)

  3. keepmymoments pisze:

    hahahahaha
    czy ten artykuł jest w sieci? też chcę go zostawić w kiblu i zaznaczyć czewronymi elipsami znaczące wątki!!!!

    Ja gotuję jak mam wenę i Toto pozwala. Jak był mniejszy to nie oszukujmy się, obiad domowy gościł rzadko na stole:) Częściej take away albo nie daj boze zupki chińskie:D

    Kobieto poszukaj artykulu albo zeskanuj plis. Może i w naszym kiblu uczyni magiczny przewrót?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s