Miłość matki nie jest od pierwszego wejrzenia

Czy ja o czymś nie wiem? Jakiś tydzień nienawiści jest, czy co?

„Takie matki jak ty, nie zasługują na dzieci. Jesteście egoistkami, które myślą tylko o sobie, a twoje zachowanie świadczy tylko o tym, że nie dorosłaś do macierzyństwa i na nie nie zasługujesz. Takie bure suki, które nie szanują miłości. Co niby twoje dziecko jest winne, że ty kochać nie umiesz. Co ono niby ma zrobić w czasie, kiedy taka kretynka jak ty, go nie kocha. Właśnie  takim matkom dzieci powinni zabierać”

Na początku nie mogłam uwierzyć, potem ogarnęła mnie wściekłość. W myślach wymieniłam wiele, a to wiele niecenzuralnych słów i miałam ochotę kogoś pobić. A konkretnie pewną Gośkę, która pokazała mi, że powrót do rzeczywistości musi boleć.
Na koniec postanowiłam być „ponad” i stworzyć z tego coś dobrego.

Powyższy mail/wiadomość czy to jakkolwiek nazwie się ten obraźliwy komunikat otrzymałam w odpowiedzi na mój artykuł o porodzie, ale zamieszczony na jednym z portali, jako tekst miesiąca.

I chciałabym od razu na wstępie wyjaśnić. Moja córka jest kochana i nigdy przenigdy nie była zaniedbana.

Nie jestem jedną z tych matek, co kochają dziecko, kiedy dzieckiem kompletnie jeszcze nie jest. Moje życie nie zmieniło się w chwili kiedy nasikałam na  test. II kreski, mimo, że chciane, nie wywołały we mnie miłości, a raczej przerażenie. Nie widziałam w nich swego dziecka.
Trudno mi powiedzieć czy późniejsze komplikacje i ogólny codzienny strach spowodowały, iż miłość ta nie narodziła się w trakcie co 2 tygodniowych USG. Widząc ten czarno-biały film na pewno byłam szczęśliwa, uwielbiałam podglądać Nowego Człowieka. Cześć mnie nie wierzyła, że dzieje się to w moim brzuchu. Ale miłość? Nie, jej nie czułam na pewno.

Patrząc na to z perspektywy tych miesięcy zdaje mi się, że gdzieś między kolejnymi wizytami na SOR-ze mój mózg oddzielił ciążę od dziecka. Zupełnie odcięłam od siebie myśl, że konsekwencją ciąży jest dziecko. Lepiej brzmiało stracić ciąże, a nie stracić dziecko w końcu.

W ciąży nie zwracałam uwagi na to czy kocham/nie kocham dziecko, które mam w brzuchu. Zawsze zakładałam, że ta chwila przybędzie w momencie kiedy położą mi małą na brzuchu, kiedy spojrzę w jej oczka i ucałuje mokrą, aksamitną główkę.
Tak się jednak nie stało. I chyba bezsensu jest szukanie teraz jest przyczyny, mogę zgadywać, że zaczęło się od problemowej ciąży, skumulowało w trudnym, długim i wyjątkowo brutalnym porodzie, czy po prostu może wynikać to z tego, że tak po prostu,czasem, jest.

Dla mnie pierwsze tygodnie macierzyństwa były koszmarem.

Ból, który czułam odbierałam mi całą radość życia, a co dopiero radość z macierzyństwa. To jest egoizm? Nie według mnie.
Nie będę ukrywać, iż przez pierwsze 6 tygodni z moją Chibi miałam kontakt fizyczny jedynie podczas karmienia. To nie ja ją przewijałam, nie ja nosiłam w nocy kiedy płakała, nie ja kąpałam czy szeptałam czułe słówka. Nie będę kłamać,iż mi to nie odpowiadało -„Boże zabierz ją stąd mamo” nie raz mówiłam ze wściekłością wtulając głowę w poduszkę i modląc się, aby środek przeciwbólowy zaczął działać. Baby blues wpędził mnie w mroczny humor, w którym widziałam koniec swego życia, żałość istnienia i błąd. potrzebowałam się wtedy skupić na sobie, może to dla nie których brzmi strasznie, dziwnie czy odczytywane jest jako egocentryzm. Jednak wiedziałam, iż moje dziecko (choć tak o niej nie myślałam) ma zapewnioną opiekę w ramionach mojej mamy i pana Ojca. A te demony mogę pokonać tylko ja, sama, ale nie w samotności. I dopóki tego nie zrobie, dopóty nie będę w stanie dbać o siebie, nie mówiąc już o innej istocie.
A co by było jakby nikt mi nie pomagał? Nie mam pojęcia, jednak wiem, że Chibi nigdy nie byłaby zaniedbana.

To były mroczne czasy. Ten kto tego nie przeszedł nie będzie wiedzieć, jak to jest trudno, patrzeć na własne dziecko i nic nie czuć, a co najwyżej irytację. Marzysz o nim, pragniesz go, a jak już jest… nie czujesz nic, pustkę i zadajesz sobie to straszne pytanie „Czy to nie był błąd?”.

Czytałam w ciąży poradniki, książki, rozmawiałam z mamami, wszędzie była miłość, radość. Każde zdjęcie, każde zdanie kipiało małą, pulchną, różową miłością…każde prócz mojego serca.

Czas leciał, a ja myślałam, iż nic się nie zmieni. Będę wypełniać rolę matki, opiekunki, ale nigdy nie stanę się mamą.

I nagle gdzieś po Nowym Roku, gdzieś między pampersem a kąpielą, między zabawą a karmieniem- STAŁO SIĘ.

Zakochałam się, zakochałam się na zabój…zakochałam się tą irracjonalną, ślepą, bezinteresowną, obsesyjną, wyidealizowaną miłością. TĄ właśnie TĄ!!!

Czy przez to „opóźnienie” uważam się za gorszą matkę?
W żadnym razie.
Czy uważam się za egoistkę, bo potrzebowałam czasu, aby zrozumieć, że ciąża kończy się dzieckiem, że potrzebowałam tego czasu tylko dla mnie?
W żadnym razie.
Czy moje dziecko jakoś przez to ucierpiało?
W żadnym razie.

Miłość przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie…
Dla mnie nie przyszła w chwili kiedy stworzyłam dziecko, kiedy je nosiłam, kiedy je rodziłam.

Powstała w chwili kiedy moje dziecko poznałam.

I wcale nie uważam, iż to źle.

20140712-001750-1070515.jpg

Advertisements

10 thoughts on “Miłość matki nie jest od pierwszego wejrzenia

  1. Alicja pisze:

    Nie czułam tego przez długi czas. Kiedyś poczułam, szybko odeszło. Sama wiesz, bo do Ciebie pisałam. Sądzę, że takie gówniane osądy piszą osoby, które za uszami mają większe grzeszki. Nie odpowiadamy za rzeczy typu baby blues. Trzeba to przejść. Dopóki dziecku nie dzieje się krzywda, żadna matka nie powinna nazwana być złą. Lub jeszcze gorzej. Buziak :*

    • Misako pisze:

      😘 mamalla, nie wiem jak można komukolwiek powiedzieć takie rzeczy, ale czytając co u ciebie wypisują, ech co ja się dziwie, będę lepiej unikać bucików, bo mi OS wezwą 😉

  2. agacia336 pisze:

    Takie cos mogla napisac tylko osoba, ktora nie ma dzieci (lub nie moze miec) I idealizuje macierzynstwo do granic mozliwosci.
    Taaa… Mi tez sie kiedys wydawalo, ze dziecko kocha sie wraz z pierwszym na nie spojrzeniem… I zycie splatalo mi figla, bo zajelo mi dobrych kilka miesiecy zanim nauczylam sie kochac corke. Mimo, ze ciaze mialam idealna, bezproblemowa. Tak jak Ty, musialam Mala poznac, zeby ja pokochac. Na poczatku sie jej zwyczajnie balam, bo tez trafil mi sie rozdarty egzemplarz, a ja nie wiedzialam o co jej chodzi kiedy ryczala… Mieszkam zagranica, zadna z babc nie pofatygowala sie, zeby nam pomoc, a maz pracowal w tamtym czasie na nocki. A ja bylam tak wykonczona, ze kiedy corka nie chciala zasnac po nocnym karmieniu, tylko plakala, mialam nieraz ochote, zeby cisnac nia o sciane, zeby sie wreszcie zamknela… Oj, nie byly to dobre czasy… Ale minely…
    A synka pokochalam znacznie szybciej. Chyba pomoglo to, ze juz wczesniej sie tej milosci macierzynskiej „nauczylam”. 🙂

    Przeczytalam opis Twojego porodu i jestem w szoku! Sama mam za soba dwa ciezkie porody (a mowili, ze drugi powinien byc latwiejszy!), ale przy Twoich to jednak moje to byl pikus! No i mialam wielkie szczescie, ze po obu dochodzilam do siebie blyskawicznie. 😉

  3. angela pisze:

    Bardzo wzruszył mnie ten tekst. Gdy urodziłam syna czułam tylko zmęczenie zero radości, dopiero po latach zorientowałam się że to było właśnie to BABY BLUES. Nie mam pojęcia kiedy się przełamałam i te złe dni przeminęły bezpowrotnie. Ale w drugiej ciąży to była miłość od pierwszego wejrzenia 🙂

  4. Graza pisze:

    Czytam to co piszesz i wszystko się zgadza. Oprócz tego, że przez długi czas uważałam się za gorszą matkę, a album ze zdjęciami z okresu noworodkowego do dziś omijałam szerokim łukiem. Dziś go wyjęłam i postanowiłam zmierzyć się z tymi uczuciami, bo mimo, że kocham swojego synka, a on nie ucierpiał ani krzty, po ponad 3 latach nadal wspomnienia bardzo bolą. Piszą takie rzeczy, jakby nie dość wyrzutów sumienia miały kobiety tak przeżywające początek macierzyństwa. Matki Polki z tona kompleksów, za to wielką gębą.

  5. Dorota pisze:

    Przeczytalam posta z zapartym tchem i az mi sie lezka zakrecila. To tak tak by bylo o mnie, niestety mnie to tez dopadlo:( nie czulam nic. Pamietam, ze sama siebie sie pytalam dlaczego?przeciez to moje dziecko, dbalam, karmilam (piersia- do tej pory karmie) i nic nie czulam. Nawe nie wiem kiedy na mnie spadl ‚grom z jasnego nieba’ tez sie zakochalam! i nie oddalabym jej za zadne skarby, bo czasem takie mysli chodzily wczesniej po glowie.Jes moja :))
    Dziekuje Ci za ten wpis 🙂
    pozdrawiam

  6. Małgorzata pisze:

    I mnie post chwycił za serce i tak żałuję że nie trafiłam na coś takiego pół roku temu,może łzy zamienilyby się w nadzieje?
    Ale przetrwałam -okropny okres dochodzenia do siebie, strach każdego dnia,dziwne odczucia bombardujące mnie codziennie i to wszystko co się działo. Przyszedł dzień w którym nauczyłam się kochać i pokochałam rzeczywistość.
    Trzymam kciuki za wszystkie takie osoby!

    • Misako pisze:

      To prawda co piszesz, przychodzą dni, kiedy to wszystko wraca i zadajesz sobie te pytania i przypominasz uczucia. Mam nadzieję, że pewnego dnia akceptacja zagości na dobre.
      Ten post właśnie był dla taki mam co my. Cieszę się, że u ciebie już dobrze i oby tak zostało.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s