Liczba *10* can you belive? I cannot

No i nieuchronnie zbliżamy się do tej granicy. Granicy o której żadna matka nie che myśleć. Granicy, która finalnie zaznaczy pożegnanie się z niemowlaczkiem.
Aby uczcić tą okoliczność Chibi zaczęła raczkować, znaczy już odwalała kilka razy raczka, ale ze względu na śliską podłogę nie praktykowała tego.
Muszę powiedzieć, iż coraz łatwiej przychodzi mi akceptacja tego, że me dziecko rośnie.
Jest o wiele łatwiej niż kiedy przyszło przejście na spacerówkę. Bo jak moje maleństwo wyrosło z gondoli NO F*** WAY.
SONY DSC

Czytaj dalej

Reklamy

Moje wymarzone dziecko

Nie wiem jak wy, ale ja jakoś zaczęłam marzyć o dzieciach, mając lat kilkanaście. Oczywiście nie było to jakieś skonkretyzowane wyobrażenie, coś bardziej na zasadzie wizji…oczywiście pięknej, rozmytej z tęczą na niebie, słodkim dzidziusiu z uśmiechem na ustach i mną uśmiechniętą, kontent.

Mam w pamiętniku z lat dzieciństwa kopertę z listą „Co mój wymarzony mężczyzna musi mieć”. Jest tam między innymi wskazanie – ciemne,niebieskie oczy, czarne włosy, głęboki, mocny głos, musi mówić po japońsku etc. I dla niewtajemniczonych, mój Mężul oczu nie ma ciemnych, niebieskich, włosów czarnych, głos ma średnio mocny i na pewno nie pomówi ze mną po japońsku.

Jestem o niemal pewna, że moje wyobrażenie dziecka całkowicie nie pokryje się z rzeczywistością – powiedziałam w 15 tygodniu ciąży.

Czytaj dalej

Blaski i cienie, choć teraz to bardziej cienie

Jak to w życiu bywa, dopóki czegoś sam nie doświadczysz na własnej skórze, to nie będziesz rozumiał przestróg, które dawali ci, jak myślałeś, przemądrzali ludzie.
Ostatnimi dniami czuje jednak, że rzeczywistość mnie znacznie przerasta, zupełnie jakby Yduu i KMM zrobiły jakąś laleczkę, na której wyżywają się za moje ironiczne komentarze.
Macierzyństwo, życie tak mi w mordę dają, że mam wrażenie, że nic tylko uderzam o tą ścianę.

Moje idealne, grzeczne dziecko. Moje dziecko, które rozumiałam, które potrafiłam odczytać. Mój kochany aniołek. Został podmieniony przez jakiegoś porąbanego kosmitę. Nie poznaje dziecka swego. Jak boga kocham, gdyby nie fakt, że facjate ma po ojcu swym, podejrzewałabym, że przypadkowo z placu zabaw przyprowadziłam inne stworzenie.
Moje uśmiechnięte dziecko, tylko narzeka. Moje spokojnie bawiące się dziecko, wszystkim rzuca i nic jej nie ciekawi dłużej niż 5 minut. Nie można jej na chwilę zostawić samej, bo znajdzie jakiś kabel, brud czy inne świństwo, które oczywiście pcha do japy. Jak nie może się wspiąć na coś, wrzask, nie dostanie tego co chce, wrzask, jak coś idzie nie po jej myśli, wrzask.

No i ten płacz na matkę.
Kiedy mnie nie ma jest całkiem spoko, wiem bo zabunkrowana z książkami w sypialni słyszę. Jak się pojawię ryk, jak znikam albo nie wezmę na ręce dramat w ośmiu aktach.
I tekst teściowej „Mama co robisz dziecku, czemu ją denerwujesz„.

No kurwa mać!!!!! Normanie ignoruje, ale teraz kiedy to moje dziecko znów zrobiło się dla mnie zagadką i czuję się strasznie, że do dupy matka ze mnie, na wszystko jakoś reaguje.

Dziecko me śmieje się do wszystkich, ale nie do mnie. Na mnie płacze i łapy w górę „NA RĘCE CHCĘ HELOŁ!!!”
Dziecko chce się bawić z każdym, ale nie z matką.
Karmienie piersią, nasze wspaniałe, intymne chwile odchodzą do lamusa z każdym dniem, kiedy mała ostentacyjnie odmawia ssania.

Szybko tracę zapał i ochotę, jej reakcje skutecznie zniechęcają mnie do wszystkiego i najchętniej usuwam się na bok, zostawiając dziecko dziadom pod pieczą i tonę w wiedzy, bo ją mam choć pod kontrolą.

Oczywiście przy tym czuje się wyrodna, bo za 2 miesiące do pracy wracam i już nigdy nie będę mogła jej tyle czasu i uwagi poświęcić co teraz, a jak co? nie mam czasu. Muszę wypełnić zobowiązania, które sama w swej naiwności i wspomnieniu grzecznego dziecka, nałożyłam na siebie.

Kwas i kaszana. Życie po raz kolejny kopie mnie w dupę i mówi z kipną „Głupia ty i naiwna, miałaś plany, buhahaha”.

Już dawno sobie uświadomiłam, że macierzyństwo to nie droga usłana różami, ale tak emocjonalnie trudnego okresu jeszcze w nim nie było. Oby po tej burzy wyszło cholernie jasne i mocne słońce…

To nie choroba, ale czasami …

Zaczyna się zazwyczaj łatwo. Pojawiają się dwie kreski. Ciąża. Jest wspaniale. Radość, śmiech, łzy, wymioty. Wszystko się układa, życie się zaczyna.
Ogólnie jest tak, jak masz szczęście, nie masz żadnych uciążliwych objawów. Jeśli jesteś w tej pechowej grupie, wymiotujesz dalej niż widzisz, śpisz po 20 godzin na dobę, a zgaga wypala ci wnętrzności. Cóż tak bywa. Ale idziesz dumnie przez kolejne tygodnie, emanujesz tym blaskiem czy odorem wymiotów, ale idziesz do przodu. Chodzisz do pracy, na zakupy, wyjeżdżasz na wakacje i rośniesz, normalnie żyjesz, bo w końcu ciąża to nie choroba.

Niestety, nie zawsze. Dzieje się to zazwyczaj nagle, nie jesteś gotowa, nie znasz zagrożeń, bo po co? No i nie jesteś świadoma i z jakimi konsekwencjami przyjdzie ci się zmierzyć.
W pierwszej chwili nie wiesz co się dzieje, ale coś ci podpowiada, że dzieje się coś złego.
761556

Czytaj dalej