Moje wymarzone dziecko

Nie wiem jak wy, ale ja jakoś zaczęłam marzyć o dzieciach, mając lat kilkanaście. Oczywiście nie było to jakieś skonkretyzowane wyobrażenie, coś bardziej na zasadzie wizji…oczywiście pięknej, rozmytej z tęczą na niebie, słodkim dzidziusiu z uśmiechem na ustach i mną uśmiechniętą, kontent.

Mam w pamiętniku z lat dzieciństwa kopertę z listą „Co mój wymarzony mężczyzna musi mieć”. Jest tam między innymi wskazanie – ciemne,niebieskie oczy, czarne włosy, głęboki, mocny głos, musi mówić po japońsku etc. I dla niewtajemniczonych, mój Mężul oczu nie ma ciemnych, niebieskich, włosów czarnych, głos ma średnio mocny i na pewno nie pomówi ze mną po japońsku.

Jestem o niemal pewna, że moje wyobrażenie dziecka całkowicie nie pokryje się z rzeczywistością – powiedziałam w 15 tygodniu ciąży.

Już sama ciąża ZUPEŁNIE nie odpowiadała mojej wizji. Zacznijmy od tego, iż nigdy, przenigdy nie sądziłam, iż będę leżeć. Nawet w dniu kiedy zobaczyłam dwie kreski śmiałam się, że Mężul będzie musiał mnie z firmy zabierać na porodówkę. Leżałam w łóżku i głaskałam mój płaski brzuch z moim milimetrowym skarbem i wyobrażałam sobie jak będę prezentować się z okrągłym brzuszkiem, jak ludzie w metrze będą mnie puszczać, jak będę z brzuszkiem rozmawiać. Potem wyobrażałam sobie poród, chwilę kiedy położą mi ją na brzuchu, kiedy popłaczę się z radości. Nie zakładałam, że będę płakać z wycieńczenia, a przez kolejne tygodnie walczyć z baby blues.

Nie sądziłam, że nie zakocham się  w moim dziecku od pierwszego wejrzenia.

Kiedy starałam się wyobrazić jak Nowy Człowiek będzie wyglądać, widziałam małą dziewczynkę, z włosami czarnymi jak węgiel i z nienaturalnie zielonymi oczami, takimi jakie ja mam.

Ciąża, poród, początki macierzyństwa przeszły do historii, a ja stoję nad łóżeczkiem i patrzę, na to dziecko. Istotę będącą kopią swego ojca, począwszy od sterczących uszu, przez blond włosy i niebiesko-szare oczy, kończąc na mimice. Jedyną wspólną cechą jaką posiadamy (poza płcią) to blizna na ustach po (w moim przypadku) wypadku samochodowym a w jej zabawnej istocie genów.

I choć nie jest owocem wymarzonej ciąży, mistycznego porodu, anielskiego i różowego macierzyństwa, to pałam do tego dziecka taką potężną miłością, iż czasem sama jestem przerażona.
Wiem, że nie kochałam jej od początku, nie wstydzę się tego.
Wiem, że teraz jest moim słońcem i księżycem. I choć ostatnim czasem mam ochotę ją na ten księżyc odesłać. To mimo wszystko, mimo, że nie jest taka ją sobie ją wymarzyłam, jest moim marzeniem.

Jest idealna.
_MG_5981

Reklamy

10 thoughts on “Moje wymarzone dziecko

  1. agacia336 pisze:

    Heh, moje ciaze co prawda byly idealne, ale porody to juz byl horror i tez w zyciu bym sie czegos takiego nie spodziewala… Przygotowywalam sie na kilka dobrych godzin, szczegolnie przy pierwszym, ale w zyciu nie przyszlo mi do glowy, ze tych godzin zrobi sie prawie 30… A przy drugim nawet nie rozwazalam opcji – cesarka…

    Moje dzieciaki maja po mnie wlosy – jasniutkie i lekko krecone. Syn ma dodatkowo doleczek w brodzie. Poza tym oboje to jak skora zdarta z ojca. 🙂 Znaczy sie Niko ma w buzi cos „mojego”, ale to jest tylko taki cien, trudny do okreslenia.

    A Chibi kolor oczu i wlosow jeszcze moze sie zmienic. Corka kuzynki przez pierwsze 3 lata byla blondyneczka, a teraz ma 11 lat i jest ciemna szatynka. A mojej Bi, kiedy miala jakies 2 latka, teczowka w jednym oku zrobila sie w polowie zielona. Podobno babcia mojego meza miala jedno oko zielone, drugie niebieskie i moja corka odziedziczyla ta dziwna ceche, chociaz nie w pelni. 🙂

    A co do zagrywek genetyki, corka mojej siostry nosi podobny slad do Twojej Chibi. Moja siostre w dziecinstwie ugryzl pies i zostawil jej na policzku blizne, ktora w usmiechu tworzy dolek. I moja siostrzenica ma naturalny doleczek, w dokladnie tym samym policzku! 🙂

    Haha, nie masz pojecia ile razy dziennie mam ochote zamknac dzieci w szopce! Ale mimo wszystko kocham nad zycie te moje Potwory!

    • Misako pisze:

      Hehehe – „zamknąć w szopce” dobre, ale chyba praktyczniejsze niż wysłanie na Księżyc. 😀
      Co do blizny. Ja mam też taką „pamiątkę” po mojej mamie, którą sobie zapodała idąc na maturę.
      A co się stało, iż poród trwał aż 30H??? Nie potrafię sobie wyobrazić tego po tych moich 19h..brrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr.
      Mimo, że nie planuje drugiej ciąży, to jeśli los (lub producent Durexów) zadecyduje inaczej to też będę rodzić SN, baaardzo się boję CC, nie wiem jak to wyjaśnić, ale się boje tego zabiegu.

      • agacia336 pisze:

        Z porodem licze czas od zalozenia mi na szyjke lekarstwa majacego ja zmiekczyc i rozszerzyc (porod wywolywany, a zaczelam bez nawet cienia rozwarcia). Niemal od razu zaczelam miec skurcze. Delikatne, cos jak pobolewanie na okres, ale mimo wszystko dokuczliwe. W szpitalu zjawilam sie okolo 17 po poludniu jednego dnia. Zaraz zalozyli mi te „lekarstwo” i mialam je cala no. Nieprzespana, z powodu tych skurczy, oraz swiatel, pielegniarek co chwila wchodzacych cos sprawdzic, pipczenia KTG, sciskania mi reki przez automatyczny aparat do mierzenia cisnienia oraz brzucha przez pasy do KTG. To byl koszmar! W dodatku glod, bo podali mi kolacje o 18 i potem nic, az do urodzenia corki… Po takiej wesolej nocce, o 6 rano zaczeli mi podawac oxytocyne… Porod postepowal jednak baaardzo powoli, dopiero okolo 20 mialam pelne rozwarcie, potem 3(!) godziny parcia, bo Mloda utknela, vacuum i w koncu urodzila sie – o 23:40 nastepnego dnia od przyjazdu do szpitala…

        Z synkiem mialam rodzic naturalnie, ale tym razem wlewali we mnie oxytocyne, a skurcze zamiast sie wzmagac to zanikaly. Po 18 godzinach takiej „zabawy” dostalam goraczki, malemu skoczylo tetno i czym predzej zabrali mnie na sale operacyjna. Dobrze, ze maz mogl chociaz przy mnie byc.

        Powiem Ci, ze gdybym miala kiedys rodzic poraz trzeci, to znow bronilabym sie przed cesarka. Nie mialam komplikacji, juz nastepnego dnia po zabiegu nie potrzebowalam prochow przeciwbolowych, ale przeraza mnie sama procedura. Nigdy nie czulam sie tak bezradna i skazana na laske – nielaske innych, jak lezac przywiazana pasami do stolu operacyjnego. Brrr… Na same wspomnienie przechodza mnie ciarki…

      • Misako pisze:

        Szczerze? Podziwiam cię, że po takim doświadczeniu zadecydowałaś się na kolejne dziecko. Ja nie mogę się przemóc – ba nawet dopuścić takich myśli do siebie.
        I pomyśleć, że ponoć drugi poród ma być łatwiejszy…

  2. yasim pisze:

    Jak zwykle pieknie to ujelas.Nie Ty jedyna nie pokochalas odrazu u mnie tak samo az dziwnie mi bylo gdy kolezanki w ciazy mowily jak bardzo kochaja swoje dzieci bedace w brzuchu a ja nie czulam tego nie czulam tez tuz po porodzie ale z kazdym dniem ta milosc rosla i teraz jest dla mnie calym swiatem choc kazdego dnia wykancza mnie psychicznie i fizycznie:p to wiem,ze bez niej byloby owiele gorzej

    • Misako pisze:

      dokładnie. Uważam, że nikt nie ma prawa oceniać kto kocha lepiej, czy ta co zakochała się w nim przy II kreskach, czy ta co na USG, czy podczas porodu a nawet później, jak my 🙂
      Końcówka odpowiedzi -ach wiem o czym mówisz 😦

    • Misako pisze:

      wg pewnych matek, miłość się rodzi z II kreskami, a te które tak nie kochają są wyrodne i nie warte swych dzieci (zobacz: Miłość matki nie jest od pierwszego wejrzenia”)
      A z tymi wizjami tak jest 🙂 Choć ciąża nauczyła mnie jednego. NIE PLANUJE 😀

  3. Zuzoon pisze:

    Każdy ma chyba jakieś swoje wyobrażenia o tym jakie będzie mieć dziecko i jakim będzie rodzicem. Później mniej lub bardziej, ale zapewne w większości przypadków to się rozmywa. Nie planowanie, to dobra opcja. Ja się jeszcze nie oduczyłam, ale powoli, powoli i też przestane.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s