Bo Wy Matki macie lepiej…

Na necie ciągle można zobaczyć batalie matek. Spektrum tak wielkie, że we wszystkich wpisach, na wszystkich stronach „Lalki” pewnie bym ich nie pomieściła. Dziś chciałabym poruszyć temat miłości do dziecka.
Jakiś czas temu pokazałam Was wpis na blogu, na którym poruszono tematykę matek, które nie potrafią pokochać swoich dzieci, a rodzicielstwo jest dla nich katorgą i karą. Oczywiście odezwały się matki od morza po Tarty jakie to te dzieci są biedne, a matki potwory. Sama raz doświadczyłam podobnej szykany, choć nigdy nie powiedziałam, że dzieciaczka mego nienawidzę, a jedynie odważyłam się powiedzieć, że miłość matki nie jest od pierwszego wejrzenia czasem.
o-SAD-MOM-facebook

Ale ja dziś nie o mnie, a o Was chce pisać. Chciałabym, abyście usiadły i zastanowiły się i czasem ugryzły się w język zanim powiecie o jedno słowo za dużo. Myślicie, że wy jesteście te dobre, a one te złe? Myślicie, że łatwo jest nie kochać? Myślicie, że chciałybyście żyć takim życiem? Myślicie, że jest tu wybór, że można zmusić serce do miłości?
Czytam Was wiele, o ironio wiele z Was jest właśnie takimi mami, do których kieruje ten wpis.
Chcę Wam dziś pokazać, tą drugą stronę lustra i może w swoim zacietrzewieniu, przekonaniu o racji swej i dramacie dzieci, dostrzeżecie…coś więcej.

KOCHAM CIĘ, JESTEŚ CAŁYM MOIM ŻYCIEM.

DWIE KRESKI

Patrzę na dwie kreski, eksploduje we mnie miłość. Dziecko jest wielkości ziarnka ryżu. Kocham je,jego idee,  jestem gotowa dla niego na wszystko. W końcu dla ludzi, których kochamy jesteśmy w stanie poświęcić wiele, choć nie czyni to naszych poświęceń mniejszymi.

Patrzę na dwie kreski, nic nie czuje oprócz przemożnego strachu. Dziecko? Jakie dziecko? Ja nic nie czuje, nie widzę. Komplikacja, leżysz, krwawisz, dostajesz leki, po których twoje serce kołacze. Dla kogo, dlaczego? Jestem pogubiona, poświęcam się dla kogoś, kogoś obcego. Mówisz, że to moje dziecko. Nie czuje tego, że to moje dziecko. Naprawdę nie czuje.

USG
TO ONO. Moje dziecko. Ma rączki, nóżki i ten mały pikający punkt- serce.  Teraz już rozumiem, moje serce napełnia się miłością. Boże to moje dziecko, moje DZIECKO. Mój cud.

To ono? Te dziecko, ale ma dużą głowę i takie nie podobne. To jest TO dziecko? Nie nie wiedzę dziecka, to jakiś obcy.

PORÓD/POŁÓG/PIERWSZE DNI
Kładą mi je na brzuchu, moje dziecko. Mój cud. Patrzę na nie, policzki zalewają moje łzy. Dotykam cię, jesteś taki maleńki, taki kruchy. Dałam ci życie. Jesteś moim cudem. Tak bardzo cię kocham. Twoje ciepło, twój zapach. Mogłabym cię tulić godzinami. Patrzę na ciebie, mogę tylko na ciebie patrzeć, nie muszę jeść, spać, tylko, aby mogła na ciebie patrzeć. Wpajam się w ciebie (jak mówi Flow Mummy). Jesteś moim życiem. Boże jak ja mogła żyć bez ciebie.

Kładą mi je na brzuch. Patrzę na nie, jest brudne, we krwi. Zamykam oczy, jestem taka zmęczona, zabierzcie je. Proszę dajcie mi spokój. Przestań płakać, boże proszę przestań płakać. Nie mam siły. Patrzę na nie. Nic nie czuje. Kto to jest. Dziecko, jakieś dziecko. Mówią, że moje, że pewnie jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. Nie, nie jestem. Jest w domu, to dziecko. Nie rozumiem, go. Patrzę i nie wiem czemu płacze. Mam być taka szczęśliwa, a ja jestem tylko zmęczona i zirytowana ‚przestań ryczeć!’. Czemu ja go nie kocham? Boże czemu? Co jest nie tak ?!?

Dni lecą, nie mogę uwierzyć, że można zmieniać się tak w 24h. Życie jest teraz pełne radości, uśmiechów i dziecięcego chichotu. Jak on ślicznie wygląda jak śpi. Taki mały aniołek, mogłabym tak patrzeć na niego i go głaskać albo tulić. O tak. Nie mamy kolek, ufff. Pięknie robi na nocniczek. Jestem taka dumna z niego. Sam się nauczył. A jak je…ech kuchnia cała brudna, a ścianę pewnie trzeba będzie przemalować. Podłogę myłam już chyba 10 razy. Znów lekcje, ufff drugi raz do szkoły idę. Praca. Jestem zmęczona. Chciałbym odpocząć. Biegnie wtula się we mnie. Uśmiecham się w duchu i zmęczona obejmuję go. I tulę jego małe ciałko, zaraz wyciśnie ze mnie wszystkie soki. „Kocham cię mamusiu”. Uśmiecham się szeroko. Gładzę jego blond czuprynę i policzek. „Też cię kocham” daje buziak, całe zmęczenie na chwile odchodzi i wiem, że warto. W pracy znów nie dostaje bonusa. Jestem taka zła. Ale patrzę na niego, tyle chorował ostatnio. Potrzebował mnie, jak mogłabym go zostawić samego. Następnym razem będzie lepiej. Może pójdziemy na lody wszyscy. Znów jest bunt, rzuca wszystkim. Jak boga kocham zaraz oszaleje. Rozumiem, że szuka swojego ja, ale czy to musi się dziać kosztem podłogi? „Mamusiu zobacz, co ci na malowałem”. Patrzę na kartkę, ma na sobie kilka plam i pokraczne ‚mama’, patrzę na bałagan i na ten obrazek. Chowam go do szafki. Za chwilę o podłodze zapominam, ale wiem, że za kilka lat go wyciągnę i łzy spłyną po mym policzku. Pasowanie na ucznia, egzaminy, matura. Patrzę na tego małego dużego człowieka i ogarnia mnie duma. Życie z nim to było wyzywanie, walka o przetrwanie, ale każdy dzień był tego warty. Patrzę i kocham go z dnia na dzień coraz mocniej, choć nie jestem pewna czy można jeszcze mocniej.

Dni lecą, marzą się w jedno. Moje życie miało nabrać kolorów. A jest szare, od płaczu do płaczu; od pieluchy do pieluch; od drzemki do drzemki. Patrzę na nie, są takie radosne, z rumieńcami na twarzy opowiadają o kolejnym sukcesie dziecka. Dobra kupka? Jaki to sukces. Trzymanie samodzielnie łyżeczki, jaki to sukces, nawet małpa to umie. Piątka z dodawania, no chyba musiałby idiotą, aby nie zrozumieć ile jest 2+2. W pracy mam podsumowanie miesiąca, zaraz roku! Może będzie w końcu awans, bonus jakiś. Nie ma, za dużo wzięłam chorobowego na dziecko. Tyle lat pracy… Wtula się we mnie. Obejmuje je bo wiem, że matka powinna. Boże przestań się tulić, niewygodnie mi. Mówi, że kocha. Uśmiecham się „też cię kocham”, odpowiadam automatycznie. Bo wiem, że muszę. Ale chętnie poszłabym gdzieś bez ciebie. Rzuca klockami o ziemię zdenerwowany. Boże dzieciaku przestań. Myślisz, że tylko ty masz zły dzień? Pokazuje mi swój obrazek z przedszkola, jakieś plamy i nabazgrane ‚mama’. Artystą to raczej nie będzie. Kiedy się kładzie, zgniatam w kulkę i wrzucam do śmieci. Pasowanie na ucznia, egzaminy, matura. W końcu się wyprowadzi, oby. W końcu znów będę mogłaby sobą. Nareszcie.
Ciągle patrze na nie. Są takie szczęśliwe, takie kontent. Znalazły swoje miejsce na ziemi. Szczęściary. A ja miotam się między obowiązkiem, nieprzemijającym poczuciem winy. Nie chcę zawieść, ale nie potrafię znaleźć w sobie siły. Moje życie przeminęło, młodość odeszła, oddałam każdy rok temu dziecku. Już nie zwrócę tych lat. Nie potrafię się zmusić do miłości. To był błąd, taki straszny błąd. Dlaczego….

Advertisements

20 thoughts on “Bo Wy Matki macie lepiej…

  1. Kasia pisze:

    Mocne bardzo… Ja miałam to szczęście z pierwszego przykładu, choć czasami jestem tak zmęczona, że chciałabym się zaszyć sama, wyjechać SAMA! Bez zamartwiania się, bez myśli krążących wokół jednego…

  2. Matka Debiutująca pisze:

    Wiesz co, tak sobie pomyślałam. Że przy drugiej wersji macierzyńśtwa tyle bardziej potrzebna jest szczera rozmowa, możliwość wygadania się bez oceniania. Ale również poszukiwanie pomocy, bo ta sytuacja którą pokazujesz jako bardzo ekstremalną jednak (chyba?) wymaga pomocy z zewnątrz. A zostawienie bez pomocy może nie skończyć się tylko radością „bo się w końcu wyprowadzi”.

    • Misako pisze:

      Przeczytaj sobie komentarze do wpisu na blogu, do ktorego linkuje. To sa STRONY wypowiedzi. Ja slysze ten krzyc. Bo bylam w tym mroczny stanie. I wiekszosci wypadkow to nie jest tak ze niechca czy sie nie staraja. Ja BARDZO chcialam i BARDZO sie staralam. Ale nie wychodzilo. I to nie byla zla wola. A nie potrafie wyrazic jakie to straszne nic nie czuc do dziecka. Oczywiscie sprawa nie jest jednoplaszczyznowa. Ale glosy, ze tylko dzieci sa biedne, ze kobiety to potwory…Oczywiscie na pewno to odbija sie na dziecku, bo nie da sie ukryc, ze ono na pewno czuje roznice. Jednak jednolinijna krytyka. Nie zgodze sie na to i bede bronic tych kobiet. Czy trzeba szukac pomocy? Za pewne, ale uwazam, ze wszystko trzeba sprowadzic do indywidualnych przypadkow. Mi pomogla rozmowa i zrozumienie najblizszych i rozwoj oraz kontakt z Chibi. Ale czasem to sa bardzo skomplikowane sprawy…szkoda ze ocena tak wielu latwo przychodzi

      • Matka Debiutująca pisze:

        Absolutnie się z tobą zgadzam, ba! sama przechodziłam przez coś podobnego może w wersji lżejszej, bo poczucie obowiązku wygrało, a potem jakoś świat się rozjaśnił. Ja w ogóle jestem zdania że miłość do dziecka zazwyczaj rodzi się powoli i średnio chce mi się wierzyć, że dostajesz dzieciaka na brzuchu i fru…. miłość na wieki wieków.
        Odnośnie pomocy – uważam, że jeżeli stan depresyjny, który się zapewne pojawia, chociażby z poczucia winy trwa za długo to trzeba koniecznie szukać pomocy. Nie zamiatać swojego problemu pod dywan. Ale z drugiej strony czy sama byłabym tak śmiała by się wszem i wszystkim przyznać, że nie kocham swojego dziecka?Na pewno jest to mega trudne.

      • Misako pisze:

        Dokładnie. Bo hormony po porodzie to jedno a twoje normalne uczucia to drugie, no i te idealne matki, co kochają od 2 kresek :/

  3. Asia pisze:

    Zawsze mnie zastanawia jakim prawem ludzie oceniają innych…nie znając historii drugiego człowieka nikt nie powinien wydawać sądów nad drugą osobą. Przykro mi, że ludzie są tak bardzo nie wyrozumiali.

  4. MA-MA pisze:

    Jest to przykre … nie wszyscy potrafią postawić się na miejscu drugiej osoby. Ja pewnie tez. Choć co nieco rozumiem… Wiem jak to jest mieć dość własnego dziecka. Nie chodzi mi tu o 1 dzień a np 2 -3 tygodnie. Zdarzyło mi się przez dłuższy czas patrzeć na córkę ze złością , obojętnością… myślałam tylko by poszła spać , lub by bawiła się sama żebym ja miała spokój… Takie „napady” obojętności wobec córki zdarzały mi się kilka razy… za każdym razem czułam się z tym podle. Nie uważam się , i nigdy nie uważałam za matkę idealną pełną miłości itd … Owszem robię wszystko by ochronić swoje dziecko, czasem z miłości , czasem z obowiązku.

  5. Mama Bąbelka pisze:

    Niestety większość ludzi pierwsza jest do oceniania innych. Nie znając drugiej osoby, nie czując tego co ona czuje wystawiają surowe oceny. Nikt nigdy nie wejdzie w skórę drugiej osoby, nie weźmie na siebie jej radości i bóli. Przyznam, że sama czasem wydaje zbyt pochopne sądy, ale na szczęście szybko pukam się w głowę.

  6. Magdalena Zapiski mamy pisze:

    Ciężki temat poruszyłaś. Czytałam ten post pierwszy raz zaraz po opublikowaniu na tablecie, czytam teraz drugi już na spokojnie na komputerze. I ciągle strasznie mi żal tych matek, które nie potrafią pokochać swojego dziecka. Nie wyobrażam sobie takiego życia, to musi być udręka. Nie wiem ile trzeba mieć w sobie siły i samozaparcia, żeby wychowywać dziecko którego się nie kocha. Współczuje takim osobą szczerze, matka i dzieciom, bo one też kiedyś staną się rodzicami. Rodzicami, którym ciężko będzie pokochać swoje dziecko, skoro sami nigdy nie zaznali rodzicielskiej miłości.

  7. agacia336 pisze:

    Sadze, ze takie uczucia, czy raczej ich brak zdarzaja sie czesciej niz sie ludziom wydaje. Tylko wiekszosc za zadne skarby sie do tego nie przyzna, bo boja sie szykany. Wiem, bo przerabialam. Chyba juz kiedys u Ciebie pisalam, ze mi tez zajelo wiele miesiecy zeby pokochac corke tak szczerze i gleboko. Jedyna osoba w realy, ktorej o tym powiedzialam byl maz. Nie pamietam dokladnie co mi odpowiedzial, ale pamietam, ze zabolalo. Po prostu potraktowal mnie jak wyrodna matke i podal przyklad (chyba najgorszy z mozliwych), ze nawet zwierzeta troszcza sie o swoje mlode. To bylo jak spoliczkowanie. Po tym juz nigdy niekomu nie osmielilam sie o tym powiedziec. Napisalam jednak o tym kiedys na swoim blogu i tu, o dziwo, znalazlam zrozumienie i wsparcie. Bardzo mi to pomoglo…

    Poza tym, taki brak uczuc nie zawsze wyglada tak jak to przedstawilas w tym poscie. Rozumiem, ze na jego potrzebe podalas dwa ekstremalne przyklady. 🙂 Ja sama mialam problem z pokochaniem coreczki, ale teraz swiata poza nia nie widze. Poza synkiem tez. Jego rowniez nie pokochalam od razu, ale mysli, ktore mnie ogarnialy kiedy na niego patrzylam byly zupelnie inne niz te w stosunku do coreczki. Do niej czulam niechec, zniecierpliwienie i marzylam tylko o tym, zeby spala. Nie pomagalo to, ze kiedy nie spala, wiecznie ryczala. Na synka juz patrzylam ze zdumieniem, ze moje cialo „wyprodukowalo” cos takiego – miniaturowego czlowieka. Byl on dla mnie cudem, ale w sensie zwyczajnie biologicznym. 😉 Myslalam, ze natura jest niesamowita, ze tak to wszystko wykreowala, ale nie zachwycalam sie synem jako moim dzieckiem. Tym razem jednak nie czulam sie winna, tylko czekalam cierpliwie bo wiedzialam, ze milosc przyjdzie z czasem.

    Moje dzieciaki maja teraz 2 i prawie 4 latka i sa moim calym swiatem (no, maz tez, niech mu bedzie :)). Przeraza mnie mysl, ze kiedys koledzy i kolezanki beda dla nich wazniejsi niz „starzy”, a pozniej wyfruna mi z domu, zeby rozpoczac samodzielne zycie… 😉

  8. Miniowe Szczescie pisze:

    Ja nigdy nie mialam problemu z kochaniem. Mialam duze poklady milosci dla moich synow I mam je do teraz.
    Mnie dotknela depresja poporodowa. Balam sie mojego dziecka. Balam sie zostawic go na chwile, bo przestanie oddychac. W nocy nie moglam spac ciagle sie o niego martwiac. Siedzialam przy jego lozeczku jak pies. Sniadania pomijalam albo jadlam tak, ze sie udlawilam. Nie mialam nikogo przy sobie, Maz po 3 tygodniach od urodzenia wrocil do pracy, a ja ? Zostalam sama , z placzacym dzieckiem. Bez pomocy nikogo bliskiego. Kochalam mojego syna tak mocno, ze kiedy on plakal – plakalam I ja. Bo jak to Matka nie potrafi uspokoic swojego dziecka?! Czulam sie beznadziejnie… dopiero przy drugim dziecku zdalam sobie sprawe, ze placz to jedyny sposob na komunikacje ze swiatem. Zrozumialam duzo…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s