Świeżo upieczeni rodzice, czyli o pierwszym roku z perspektywy matki, NIE KOBIETY !

Czasem czuje się jako yoda Matek Polek Popapranych. Wiele z Was pisze do mnie, kiedy pojawiają się u Was ciemne aspekty macierzyństwa. Nie to, że mi to przeszkadza, wręcz przeciwnie. Z radością dziele się moim doświadczeniem, czy po prostu mówię to co powinno się wtedy usłyszeć. „To normalne, nie masz się czego wstydzić”.
Naprawdę w to wierzę. Naprawdę wierzę, nie , ja wiem, że mamy prawo czuć wiele uczuć, od tych pozytywnych, po te negatywne. I ja naprawdę nie wstydzę się tego, moich uczuć. I Wy też nie powinnyście.
No a teraz do sedna. Ponarzekałam Wam już nie raz na macierzyństwo. (przykłady? a no TU i TU czy TU chociażby ) ale co ze związkiem. Nadal w nim tkwię (albo on ze mną?), to już przeszło 12 lat.
Ale czy to jest to takie łatwe?
Czy dziecko sprzyja miłości?
Czy zawsze jest różowo i pięknie jak w gazetkach?

W żołnierskich słowach :
Nie
Nie zawsze
Nie nigdy.
Zanim załam w  ciążę, było dla mnie oczywiste, że dziecko jest jak lep na muchy. Przecież bliżej i bardziej nie da się wyrazić siebie i swojej miłości (ewentualnie nieznajomością antykoncepcji) niż przez dziecko. Dzień, w którym powiedziałam Ojcu, że jestem w ciąży, jego radość…szczerze, to był jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu, w naszym związku. Tak miało pozostać do końca życia, byłam tego pewna, do czasu. Do chwili kiedy dowiedziałam się, że poroniłam. Potem wszystko rozwaliło się jak domek z kart, a typowy efekt domino zrobił swoje.
Dla nas ciąża nie była scaleniem naszego związku. Mimo, że przeszliśmy już razem nie jedno, to ciąża nas przerosła. Zanim nas to spotkało, nie wiedzieliśmy co to oznacza mieć ciążę wysokiego ryzyka, komplikacje, ryzyko porodu przedwczesnego.

Sprawa była prosta – zachodzisz – nosisz- rodzisz.

Nie  było wspomniane o tym, że trzeba będzie leżeć, faszerować się lekami, że może się po prostu nie udać.  O tym jak ja, ją przeszłam pisałam już nie raz.

Ojciec nie miał łatwiej, musiał znosić mnie, która delikatnie mówiąc, nie tryskała energią i pozytywnym nastawieniem. Stary się nie przyznał bardzo długo, dlaczego nie chciał dotykać brzucha, dlaczego wolał nie wracać do domu,a  brać nadgodziny. Byłam zła na niego. Czułam się sama w moim cierpieniu, w tej ciąży. A kiedy leżałam na Inflanckiej na powstrzymanie porodu przedwczesnego, stwierdził, że jest mu lepiej, kiedy tu jestem. Myśłałam, że rozszarpię mu wnętrzności. Poczułam się odrzucona, jak jakiś głupi inkubator.

Najbardziej jednak było mi brak naszych rozmów. W ciąży nie rozmawialiśmy, chyba że chodziło o wizyty u lekarza, wyniki, wyprawkę. Choć nawet tu się pokłóciliśmy o kolor wózka.
Kiedy urodziła się Chibi wcale nie było łatwiej. Pomijając baby blues, chodziłam wściekła jak szerszeń.

Chyba do końca życia zapamiętam dzień kiedy usiadałam na stołku barowym. Dziecko po 2h płaczu zasnęło, a na samą myśl, że zaraz będzie trzeba znów je karmić, miałam ochotę płakać i szarpać się za włosy. W kuchni piętrzyły się gary, a nie było nic do jedzenia. Dom wyglądał, jakby przeszło przez niego tornado, wszędzie walały się tetry, wipsy i kubki z herbatą laktacyjną. W tej chwili poczułam, że moje życie się skończyło. A jedyne do czego się będzie sprowadzało, to pieluchy, dziecko, sprzątanie, gotowanie i cholerne ukurzodomowienie. Monotonia dobiła mnie tak, że  byłam pewna, iż nic gorszego niż macierzyństwo nie mogło mnie spotkać.
Byłam wściekła na Ojca, że on wychodzi do ludzi, że rozmawia z innymi dorosłymi, o czymś innym niż dziecko, kupki, kolki. To ja musiałam wstawać w nocy, a on kiedy wracał z nocki, musiał się przecież wyspać.
Sama wkręcałam sobie filmy:
On chce odpocząć po pracy, a co ze mną, kiedy ja mam odpocząć?
Miał pretensje do  mnie, że nie rozumiem, że on pracuje, że on potrzebuje odpocząć po pracy? Czy on myśli, że ja w domu siedzę z dzieckiem i co? ładnie pachę.
Potem jak wróciłam do pracy, nie miałam wyboru. Byłam z dzieckiem sama i MUSIAŁAM się nim zająć, zabawić, uczyć, usypiać, niezależnie jak byłam zmęczona po pracy. Ja w odróżnieniu od niego nie miałam wyboru i nie miałam na kogo zwalić obowiązków.
On wracał jak dawniej z pracy, zmęczony „Zajmij się nią, ja idę spać zmęczony jestem.” „Jestem taki zmęczony spałem tylko 5h”.

Jemu było ciężko? A co kurw…ze mną?
Zapomniałam przecież, to go nacięto, on wypchnął, jego szyto i jego cycki żyły zupełnie innym życiem i wyglądały jakby obcy w nie wstąpił, bo nie ma fizycznej możliwości, aby one były tak ogromne?!? Serio, na poważnie? Jemu jest ciężko?

Przysięgam, że miała ochotę się na niego rzucić i  rozszarpać albo czymś w niego rzucić (ciężkim i śmiertelnym) kiedy przed znajomy odwalał popisówkę, jako to on musiał zmienić życie, jakie to wyzwanie.
Na poważnie? Zmieniło się jego życie aż tak drastycznie?
Śmiałam wątpić. I szczerze uważałam, że życie mężczyzny nie podlega nawet w 20% tak drastycznym zmianą jak życie kobiety.
Kością niezgody było kolejne dziecko. Prywatnie nie był taki chojrak, ale przy ludziach, na moje „definitywnie nie” wywracał oczami i dawał widocznie znać, że on już zrobi tak, że będzie kolejne. Miałam wtedy ochotę go zabić. Naprawdę dobrze, że broń nie jest dozwolona.
W 15miesiącach życia Chibi, nie było dnia, DNIA, aby musiał z nią być sam. Musiał wstać z nią, nakarmić, bawić, przewijać, spacerować, ogarnąć dom, przygotować jedzenie, nosić, bo akurat miała atak lęku separacyjnego, a przy tym też jakoś ogarnąć siebie, kurde wyjść spokojnie w kibla czy wypić herbatę! ani jednego dnia. I on mi śmiał prawić morały?

Nasze partnerstwo umarło gdzieś między luteiną, sterydami a herbatką laktacyjną.
Byłam pewna, że to koniec. Po 10 latach mieliśmy przegrać, przegrać czymś, kimś kogo sami stworzyliśmy, naszym dzieckiem. Czy nic nie brzmi bardziej żałośnie?
Naprawdę się starałam, ale czasem po prostu nie miałam siły. Im dalej w las, chęci też odchodziły. Przecież wielokrotnie kiedy namawiał mnie na dziecko pytałam, czy jest świadomy co to znaczy. Czułam się oszukana, bo opieka (w moim mniemaniu)spadła przede wszystkim na mnie. Nie będę ukrywać, że przez dłuższy okres stawiałam bardziej na wygodę niż wygląd. Dopiero powrót do pracy zmotywował mnie, aby wziąć się za siebie. Jakoś tak głupio tłumaczyłam sobie, że mam prawo wyglądać, no cóż..nie wyglądać, bo mam małe dziecko, bo czasu nie mam, bo to sensu nie ma, bo zaraz znów mnie pobrudzi, znów jej się uleje. A on MUSI to akceptować, w końcu jest temu winny, bo dwóch do tanga trzeba. Resztą dużo sobie tak tłumaczyłam, urodziłam mu dziecko, niech nie narzeka.
W sumie jak tak to piszę, to stwierdzam, ze niezła jędza (o ile nie powiedzieć brzydziej) ze mnie była.
Przełom nastąpił w maju, kiedy jechaliśmy na wesele znajomych i chcąc nie chcąc zostaliśmy zamknięci w puszcze, zwanej autem, na 6h. Wtedy szydło wyszło z wora i wszystko zostało wykrzyczane, wyplute, wypominane i powiedziane.

Kojarzycie ten zapach po wiosennej burzy? Tą świeżość i rześkość? Tak właśnie się czułam. Nie było ukrytych złości, pretensji. Już nie.
Ten dzień zapoczątkował, a raczej przywrócił nas na dawne tory. Zaczęliśmy wychodzić i przebywać z SOBĄ. Nie byliśmy przecież tylko rodzicami. W naszą rocznicę ślubu….no cóż, czułam się jak tamta nastolatka, która wymyka się z domu i robi co chce. Wspaniałe uczucie.

Nie wyobrażam sobie życia bez Starego. Jest moim najlepszym przyjacielem, który jakoś w perturbacjach życia został moim (a raczej ja, po usilnych namowach)zostałam jego żoną i z którym stworzyliśmy coś, co nie potrafię prościej i dobitniej określić jak cud.
Chwile kiedy jesteśmy w trójkę, kiedy mała nie ma żadnego buntu, złości, a jest rozkosznym dzieciakiem są niesamowite. Nie ma chyba nikogo szczęśliwszego na świecie, niż my z nią. Moja mama kiedyś powiedziała mi, że jak patrzy się na mężczyznę, który kocha twoje dziecko, kocha się go po stokroć bardziej niż kiedyś. Teraz rozumiem te słowa. Teraz rozumiem o jakiej miłości mówiła mi przez te lata.
Teraz rozumiem rzeczy, których nie byłam w stanie pojąć wcześniej.

Czy dziecko scala związek?
No cóż, jeśli przyjmiemy, że po każdym upadku podnosimy się silniejsi. To tak, scala.
Jednak, szczerze, nie dziwie się, że konsekwencją pojawienia się dziecka jest rozpad związków. W końcu dziecko to doskonała wymówka. Dla mnie była przez wiele miesięcy.
Czy dziecko sprzyja miłości?
Może, ale nie można zapominać i przysłaniać tą miłością do dziecka innych miłości, w szczególności tych między partnerami. Tu nie ma co ich hierarchizować, oceniać i porównywać. Kochać można i dziecko i mężczyznę, tak samo mocno, ale inaczej.
Czy jest to łatwe?
W żadnym razie!!!
Czy jest jak w gazetkach?
Pozwolę sobie przemilczeć.

Co ja, po roku bycia matką bym poradziła?Jaka jest moja recepta na związek po dziecku?
Rozmowa + przebywanie bez dziecka+ partnerstwo we wszystkim i jeszcze raz rozmowa.
Mężczyźni i kobiety myślą tak odmiennie, że niedomówienia potrafią zrobić niesamowity smród w związku, jak to powiedzieli w Paranienormalnych „Kobiety czytają między wersami jak mówią coś mężczyźni. Problem w tym, że oni nic tam nie umieszczają. ”

p.s. nadal jesteśmy razem, nadal jesteśmy przyjaciółmi i nadal kochamy się tak jak w dniu kiedy zrobiłam test. Choć jest to inna miłość, ale inna nie znaczy gorsza ❤

Reklamy

27 thoughts on “Świeżo upieczeni rodzice, czyli o pierwszym roku z perspektywy matki, NIE KOBIETY !

  1. MartynaG.pl pisze:

    Jedno jest pewne: facet w rodzinie (czy dziecko już jest, czy zamierza przyjść na świat) wiele musi znieść… taka jego rola – być oparciem! 🙂 Dobrze, że ich mamy i że z nami wytrzymują

    Pozdrawiam, MG

  2. Niepoprawna marzycielka pisze:

    Jakie to prawdziwe… W jakimś filmie kiedyś było: Po urodzeniu dziecka pamiętaj, że nie jesteś tylko matką ale też żoną. Gdy tego brakuje to zaczyna się robić źle w związku.

  3. Matka Debiutująca pisze:

    Wiesz co. Lubię to w tobie, że tak otwarcie piszesz, że macierzyństwo i partnerstwo to nie różowa kaszka z mlekiem. Cholera nie jest łatwo i z sobą i z dzieckiem i z partnerem. I ten wkurw wynikajacy przede wszystkim ze zmęczenia, niewyspania. Jak cieżko czasem mu się nie poddać.

    • Misako pisze:

      a dziękuje, mam tylko nadzieję, że nie ugryzie mnie to kiedyś w zad. I nikt Chibi tym w twarz nie rzuci, wyciągając to z kontekstu (mój partner co do zasady jest zapoznawany z tekstami przed ich publikacją). Ale w pewnym momencie stwierdziłam. no kurde sory ale albo to ja albo ludzie tu mocno ściemniają.

    • Misako pisze:

      ale okazuje się, że przesadzam. Wedle niektórych, nie wiem co to znaczy macierzyństwo, mając i tu zależnie od osoby : a)prace (nie jestem przecież z dzieckiem) b) jedno dziecko, bo macierzyństwo z jedynym to nie macierzyństwo c) kasę (pal licho, że na nią ciężko pracuje d) e) f) zależy od sytuacji :PP
      Czy i ty mówisz ‚e ty nie wiesz co to bycie matką, bo masz jedno !”

  4. Monika pisze:

    Jakbym słyszała mojego kochanego męża 🙂 Praca na 2 zmiany po 8 h i pan musi odpoczywać po pracy 😀 Ja natomiast idę rano na zajęcia bo studiuje dziennie, wracam- ogarniam obiadki, pranie i inne bajery. Z małym się bawię co by pamiętał jak matka wygląda a potem na 9 lub 12h na nockę do pracy 😀 Był taki czas, że jeszcze w międzyczasie zajmowałam się bardzo chorym teściem, którego trzeba było karmić przez sondę- teściowa się ,,brzydziła”. I WEŹ TU MIEJ CZELNOŚĆ POWIEDZIEĆ, ŻE JESTEŚ ZMĘCZONA! Teściowa mówi, że się lenię i mi się dzieciakiem nie chce zajmować (Kiedyś czasem trzeba też przykimać, nie ?),a mąż przecież pracuje 😀
    Nabawiłam się tylko depresji, nerwicy i innych schorzeń, które mnie męczą do tej pory 🙂
    Z dnia na dzień poszliśmy ,,na swoje” i mam nadzieję, że będzie lepiej 🙂
    Super tekst Misako !
    Na mnie też mówią ,,wyrodna”. ,, Bo jak to matka może sobie studiować i pracować- Twoje dziecko na pewno będzie jakąś emocjonalną sierotą” – koniec cytatu jednej z ,,życzliwych” koleżanek 🙂

    • Misako pisze:

      hehehe no trudno najwyżej będzie sierotą 😉 potem będę sobie pluć w brodę, ale póki co jestem bardzo szczęśliwą z pracy 🙂 Jakbym cos takie usłyszała od mojej teściowej, to wnuczkę zobaczyłyby…hmmmm nigdy. Serio czas nie rozumiem, jak można być tak bezkrytycznym w stosunku do własnego dziecka, jasne kocha się nad życie, ale chyba nie jest się ślepym. Ale ja „wyrodna” więc pewnie dlatego.
      Mieszkanie z rodzicami to chyba najgorsza rzecz na świecie, nawet jak się dogaduje, za dużo osób decyzyjnych jak na kilkadziesiąt metrów kwadratowych.

  5. Gosia pisze:

    Oj tak, nigdy nie mieliśmy takiego kryzysu jak właśnie po narodzinach Lenki, a też jesteśmy ze sobą całkiem sporo, bo 8 lat. Masakra. Nie wiem, jak niektórzy mogą się decydować na dziecko „dla ratowania związku”. Ale to fakt, że jeśli (jeśli!) wyjdzie się z tego kryzysu, to wychodzi się silniejszymi.

  6. Zuzoon pisze:

    Oj tak, takie dziecko to próba dla związku.
    Pamiętaj że nie jesteś tylko matką ale i żoną- też się zgodzę ale bym dodała „ojciec nie jest tylko ojcem,ale i partnerem”.
    Fajny txt.

  7. Cobi pisze:

    Zarówno macierzyństwo jak i tacierzyństwo nie są najłatwiejszymi etapami w życiu nawet dojrzałych ludzi, dlatego nie można zapominać o wzajemnym wsparciu.

  8. agacia336 pisze:

    Tiaaa… Zanim urodzilam dzieci, tez wydawalo mi sie, ze dziecko to takie ukoronowanie zwiazku, mala wisieneczka na torcie… Tymczasem zycie zweryfikowalo i ta bujde… My bylismy przez ponad 3 lata bardzo zgodnym, kochajacym malzenstwem. Przez te 3 lata, zaliczylismy moze 2 klotnie. A po urodzeniu dzieci? Klotnia przynajmniej raz w miesiacu, a po niej obowiazkowo tydzien milczenia. 🙂 Szczegolnie nasililo sie to po narodzinach Mlodszego, bo bylo jak piszesz w poscie – maz wracal po nocce z pracy i kladl sie spac. Wstawal okolo 9, zawozil Starsza do opiekunki, po czym kladl sie z powrotem. Ponownie wstawal o 15, przywozil corke i wychodzil do pracy. Tymczasem ja w nocy wstawalam do Mlodszego, w dzien zajmowalam sie noworodkiem, popoludniami i wieczorem zas mialam na glowie dwoje dzieci ponizej drugiego roku zycia. To byla szkola przetrwania i nie wiem teraz jak to przetrzymalam i nie padlam jak kon po Westernie… A na moje narzekania na zmeczenie, slyszalam, ze przeciez sama chcialam dzieci… Juz pisalam, ze do pracy musialam wrocic juz jak dzieciaki mialy po 12 tyg, wiec przynajmniej bylismy z M. sprawiedliwie wymordowani. 🙂 Oczywiscie na siebie glownie warczelismy, a cywilizowane rozmowy byly niemal wylacznie na temat dzieci. 🙂 Tak naprawde dopiero teraz, kiedy dzieci przesypiaja noce i da sie z nimi dogadac, my rowniez zaczynamy wracac do rownowagi w zwiazku. Moj malzonek w koncu zaczyna dostrzegac, ze rodzina to nie tylko rodzice, ale i malzonkowie. Zaczynamy planowac czas dla siebie, a nie tylko ciagle dla calej rodziny. Jest wiec postep i oby tak dalej. 😉

    • Misako pisze:

      OBY tak dalej ! Powodzenia!
      My z Starym wczoraj stwierdziliśmy, że nie wiemy jak ludzie sobie radzą z 2 i większą ilością dzieci. My, może nie powie, że ledwo ogarniamy bo bym przesadzała, ale wiele wysiłku nas kosztuje 1 maleństwo. A to pewnie początek, bo jak zacznie się przedszkole, szkoła, zajęcia będzie trudniej. Dobrze, że poprzestajemy na naszej kochanej Chibi :), bo przed 30 na bank byłabym białogłową i to nie w tym dobrym znaczeniu 😉

      • agacia336 pisze:

        Wiesz co, ja mam dwojke i widze na wlasnym przykladzie, ze czlowiek do wszystkiego da sie rade przystosowac… Jak np. wybywam gdzies tylko z Bi, albo czasem ktores bylo chore i zostawalo samo ze mna w domu, czulam sie jak na wakacjach, serio! Przychodzilo mi natychmiast do glowy, ze jak ja moglam narzekac na brak czasu czy klopoty z organizacja zanim urodzil sie Nik? 😉 Podejrzewam, ze tak samo jest jak ma sie troje i wiecej – wtedy dwojka to pikus. Mnie w kazdym razie moja dwojeczka skutecznie wymordowuje kazdego dnia. 😀 Ale i tak, teraz jak juz zostawili niemowlectwo poza soba, stwierdzam, ze nie jest zle. Mlodszy ma jeszcze swoje dwuletnie fanaberie, ale moja czterolatka to juz swietny kompan i nawet malzonek, po tym jak zabralismy ja w zeszly weekend na narty, stwierdzil zaskoczony „ale ona jest fajna poza domem!”. Zobaczysz sama jak Chibi skonczy tak 3-4 lata.
        Oczywiscie, tak jak piszesz, dwoje dzieci to podwojne rozwozenie ich do szkol, na zajecia, itd. Juz od wrzesnia pewnie bede przeklinac na czym swiat stoi, bo Niko zostaje u opiekunki, ale Bi idzie do przedszkola, wiec bede musiala sie przebic przez poranne, a potem popoludniowe korki zeby oddac/odebrac dzieciaki z dwoch roznych koncow miasteczka… Podejrzewam, ze na wzmianke, ze Bi dobrze by bylo zapisac na jakies zajecia muzyczne czy sportowe, bede zgrzytac zebami… 😉
        A z naszym partnerstwem, to mam nadzieje, ze to nie chwilowy zryw mojego chlopa… Chociaz nawet na codzien gada czasem, ze trzeba sobie okazywac, ze nadal nam na sobie zalezy i tym podobne teksty, o ktorych jeszcze z rok temu nie bylo mowy… Szkoda, ze to „okazywanie” najchetniej by ograniczyl do dodatkowego bzykanka i tyle. 😉

      • Misako pisze:

        Adaptacja to cecha człowieka. Jestem pewna, że z 2 też bym sobie poradziła, bo jak mówisz da się. Tylko ja np. nie chce. Zdaje sobie sprawę, że przy 2 stwierdziłabym tak jak ty, że 1 to pikuś. Pan pikuś. No i mi też zależy na czyms obok macierzyństwi. To najpiekniejsze doświadczenie życia, ale chciałabym z moim partnerem, jak i sama doświadczyć jeszcze czegoś obok naszego rodzicielstwa. Dziecko okazało się niesamowitym wyzwanie, które przyznam się mnie w tym zakresie zaskoczyło, myślałam, że to jest ogólnie łatwiejsze. No i ta logistyka :/ to akurat utrapienie rodziców z dużych miast. Z tym „okazywaniem” to mnie nie zaskoczyłaś 😉 typowe 😉

  9. wczesniakicodalej.blogspot.com pisze:

    Zgadzam się ze wszystkim co powiedziałaś. Dla nas ciąża była pięknym okresem. Przechodzona bez żadnych komplikacji. On uwielbiał się tulić do mojego brzucha i gadać do Młodego. Nawet kiedy nastąpiło rozwiązanie w 7 miesiącu ciąży byliśmy dla siebie wsparciem. Czułam, że nasz związek wskoczył na nowy level. A później przyszły kolki, płacz od rana do wieczora. Ja przemęczona, on też szczególnie wypoczęty nie był. On uciekł do salonu ja zostałam sama z dzieckiem w sypialni. Ja zaniedbywałam jego a on mnie. Usłyszałam od niego, że już nas nie chce, że żałuje, że Młody się pojawił. Wszystko się zmieniło kiedy Krzyś zaczął się uśmiechać. Czekaliśmy ponad 4 miesiące na to wydarzenie. Kiedy pierwszy raz dziecko nie posiadało się z radości, że tata wrócił w moim mężu coś pękło. Odbyliśmy szczerą rozmowę i doszliśmy do wniosku, że świat bez siebie na wzajem jest nic nie wart. Teraz wiem, że oboje jesteśmy szczęśliwi. A nasze dziecko stało się pogodniejsze i spokojniejsze.

  10. Aga z makeonewish.pl pisze:

    misako, teraz już rozumiem. dużo rozumiem. czytam Ciebie i mysle sobie jakie mialam cholerne szczescie. choc ja pewnie jestem z tych matek ktore mniej lubisz, bo na swoim blogu lukruje macierzynstwo milosc do corki do granic mozliwosci, ale moze to tez dlatego ze ja, tak jak i Ty mialam swoje przejscia. my o ciaze walczylismy 3 lata. 3 lata leczenia, zastrzykow, upokazających zabiegów, rozszalałych hormonow, upadkow.. moj maz był przy mnie, ze mną. zawsze. nasza corka tez jest cudem. i choc mialam po porodzie baby blues i wiele kiepskich dni, to czytajac Ciebie i ten wpis wiem ze i tak miala dobrze. moj maz wiele mi pomaga, nie raz zostawal z Mają sam. wie co znaczy moja praca z domu.. mimo wszytsko Cie rozumiem. a to jak przedstawia sie macierzynstwo w mediach jest delikatnie mowiac wkurwiające… życzę Ci żeby przed Wami były juz tylko te dobre chwile, i wiele szczerych rozmow, serdecznie pozdrawiam

    • Misako pisze:

      Agnieszko, nie ma matek „które lubię i których nie lubię”. Jasne drażni mnie jako toś tak lukruje macierzyństwo, że poziom słodkości przekracza unijne normy (no poza tekstem o kupkach niczym lawenda- to już wg mnie przegięcie pały ;)) . Jeśli chodzi o blogi, to one nie raz specjalnie pokazują życie jak powiedziałam kiedyś Mamali, „z bzem w tle, którego jak każdy wie na co dzień nie ma”.
      Ja nie raz nie rozumiem matek i ich podejścia, ale to nie zmienia faktu, że mimo wszystko nie oceniam ich macierzyństwa. Naprawdę wierzę, w to że każdy chowa tak jak uważa za słusznie i robi to najlepiej. Nie ma jednej sprawdzonej metody. Trudniej mi neutralność zachować w zakresie tematu matka-kobieta. Antonovka powiedziała kiedyś „że przed Tosią wiodła marną egzystencję” i bardzo mnie tym tekstem uderzyła, i złapałam się wtedy na refleksji, że niektóre kobiety naprawdę traktują dziecko jak punkt zwrotny swego życia. Ja wychodzę z założenia, iż kocham moją Chibi, bardzo bym chciała obserwować jej życie, wszystkie pierwsze razy, nie chciałabym nic ominąć. Ale też mam swoje JEDYNE życie i w nim marzenia nie zawiązane z byciem mamą. I nie odbiorę sobie siebie, nawet kiedy jestem matką. To jedna z moich ról. I tyle.
      Jak pisałam ostatnio. Blog porusza głównie „te ciemne” aspekty macierzyństwa, ale nie oznacza, że u nas nie jest też bajkowo 🙂
      A do ciebie, mimo lukru na pewno zawitą :*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s