Głupi chomik co marzył o hygge

2 miliony 495 tysięcy 595 – tyle jest znaczników na Instagramie pod hasłem „hygge
Pod bardziej amerykańskim (a może europejskim) „słowlife” jest niewiele mniej 1 214 934. Nie wspominając o różnych ich odmianach i dodatkach z emotikonkami.
Coś w tym jest, że taka znacząca większość z nas pragnie zwolnić.

Od małego pragniemy wpaść w wir, szaleństwo dorosłego świata, w możliwości jakie daje dorosłość. W brak ograniczeń, w niekończące się imprezy, podróże służbowe po świecie. W końcu chcemy być jak Benjamin Franklin i nigdy nie zostawić na jutro tego co można zrobić dziś.
Zamieniamy cukierki na służbową furę, najnowszą komórę i własny, osobisty laptop z wbudowanym GPS’em. Przecież to jest takie klawe. I pędzimy jak ten głupi chomik w kołowrotku – wstać -pracować-położyć się-wstać-pracować-położyć się-wstać….

Lubię o sobie myśleć, że wiodę życie hygge. Wiecie zapalam sobie świeczki, nakrywam się kocem, w tle leci jakaś chilloutowa muzyczka. I nie chodzi tu o to, że 2 miliony innych ludzi też jest hygge i jest to takie modne. I nie chodzi tu nawet o to, że lubię rozczulać się nad piękną focią, zrobioną w trybie „wygaszony” i otagowaną „hygge”. Oczywiście bycie hygge, jednocześnie odnoszenie sukcesów zawodowych  i kompletne spełnienie na tle rodzinnym to jest obecne picture perfect (i moje własne, wyimaginowane jak się okazuje).

Chciałabym móc tak o sobie powiedzieć, że jestem taka perfect, że jestem spełniona jako matka, ba że jestem chociaż dobra jako matka, a do pracy biegnę w podskokach, marząc aby włączyć Outlook’a i usłyszeć charakterystyczny brzdęk sygnalizujący napływ wiadomości e-mail.
Ale prawda jest boleśnie odmienna i ostatnio o niej się przekonałam.

Zdarzył mi się nietypowy dzień. Ze względu na chorobę na jaką zapadło ponad 90% współczesnych 30 latków – niedoczas. Nie ma możliwości zrobienia czegokolwiek w dni kiedy pracuje. Wzięła więc sobie 1 dniowy urlop.
Pięknie zaplanowałam sobie ten dzień.
Zawiozę rano dziecko do przedszkola (od bycia mamą urlopów nie ma), poćwiczę (oczywiście z Chodą), potem wykąpię (ba włosy spokojnie umyję), pojadę na miasto pozałatwiać swoje sprawy, odbiorę dziecko, zrobię obiad, posprzątam mieszkanie na przyjęcie, przygotuje dekoracje….(ogólnie wszystko miałam pięknie ułożone w mojej niemądrej główce).
Dzień zaczął się zgodnie z planem, zawiozłam dziecko do przedszkola, a potem stała się rzecz niesłychana.
Usiadłam z kubkiem herbaty w fotelu (tym wymarzonym, mającym 40 letnią historię, tak pięknie przez mnie odnowionym, tym moim meblu z duszą). I może nie byłoby w tym nic dziwnego, ale po raz pierwszy ot tak po prostu w nim usiadłam z kubkiem herbaty,a nie opadłam wycieńczona, czy usiadłam półdupkiem gotowa spełnić kolejną kulinarną zachciankę mojego dziecka.
Siedziałam i piłam tą moją herbatę i nic więcej nie robiłam. Nie myślałam, nie układałam planu walki na kolejny dzień, nie cytowałam przepisu i nie analizowałam czy zapis umowy jest korzystny pod kątem orzecznictwa, nie przeglądałam Instagrama. Nic, nada, null…siedziałam i piłam moją zieloną herbatę z bezmyślnym wzorkiem wlepionym w krople deszczu spływające po szybie.
I byłam taka szczęśliwa…taka spełniona. Tylko ja, fotel i kubek herbaty. Po raz pierwszy poczułam się naprawdę hygge.

W tej chwili obiecałam sobie, że taki właśnie będzie mój dzień. Niespiesznie poszłam do siostry, potem pojechałam załatwiać swoje sprawy, w sklepie cierpliwie czekałam, aż ucząca się sprzedaży ekspedientka rozszyfruje obsługę terminala płatniczego. Przecież się nie spieszę…
Moja bańka mydlana została brutalnie rozbita kiedy zatrzymałam się w centrum, aby zjeść sałatkę. Nieświadoma wpadłam w mój zwykły rytm jedzenia obiadu.I nawet nie zdążyła się skończyć jedna piosenka w Spotyfie a ja zjadłam okazałą zieleninę. Spojrzałam zaskoczona na pusty talerz i rzeczywistość brutalnie uderzyła we mnie. Do oczu napłynęły mi łzy, łzy złości. Uświadomiłam sobie, że właśnie takie jest moje życie. Jestem tym głupim chomikiem co zapierdala w kołowrotku, bo ponoć tak trzeba. Rano pędzę, bo trzeba do pracy zdążyć, a pranie trzeba też rano zrobić i rozwiesić, makijaż sam się nie zrobi, a dziecko nie poznało jeszcze tajników teleportacji i samo do przedszkola się nie przeniesie. Korki nie będą mi sprzyjać, w pracy będę mieć zawsze tylko 15 minut przerwy na obiad. Które i tak zawsze zakłócane jest „Słuchaj mam do ciebie tylko 1 pytanie”, wracając do domu nie zaznam spokoju, bo choć notorycznie walczę z sobą i odkładam elektronikę na bok, kiedy spędzam (szalone) 2 godziny z córką. Nigdy nie będę potrafiła bawić się w ten chrzaniony Psi patrol, a kolejne malowanie obrazku Elsy doprowadzi mnie za każdym razem do mdłości. Będę wpadać w wewnętrzną furię na myśl, że po raz milionowy mam udawać pacjenta ortopedycznego. Mój umysł i tak będzie gdzie indziej niż w tym wystylizowanym do granic przyzwoitości (i portfela) pokoju. Zawsze w mojej głowie będą układać się plany, a mój mózg niczym nieposłuszne dziecko analizować będzie to czego nie zdążyłam zrobić, co trzeba posprzątać, ile pralek prania uda mi się nastawić, czy jest szansa na ugotowanie obiadu, jak ułożyć jutrzejszą progress list w pracy, aby wyrobić się z terminami., czy uda mi się zrobić chociaż 30 minut treningu itd.

Mogę sobie mówić, że żyje w myśl hyggę, mogę udawać na Instagramie, że potrafię się delektować każdą minutą mojego życia. Ale prawda jest taka, że moje życie biegnie gdzieś tam, a ja tylko poruszam się zgodnie z pociągnięciem sznurków przez lalkarza. Jestem widzem i kiepskim aktorem zarazem. A moje życie…czy ono na pewno jest, aby moje?

Reklamy

27 myśli w temacie “Głupi chomik co marzył o hygge

    • Misako pisze:

      no kiedyś bycie korpo szczurem było takie super i fajne i ogólnie to byłeś zajebisty pracując w wielkim molochu, ale czy to zdrowe i mądre? Sama nie wiem. Znam ludzi, którzy po prostu żyją… a nie tylko żyją pracą :/

  1. agacia336 pisze:

    Mo jedyny moment „slowlife” w dniu, to te 15 minut, kiedy po odebraniu dzieci, pozwalam im pobiegac po placu zabaw. 🙂 Bo kiedy w koncu przekraczam prog domu, wpadam w wir karmienia, prania, zmywarki, przygotowywania sniadaniowek, odrabiania lekcji, wypelniania miliona kruczkow ze szkoly (nie mojej rzecz jasna!), cwiczenia matematyki, slowek oraz czytania, a jak wreszcie odesle potomstwo do lozek, to padam na pysk i nawet jak mam moment zeby usiasc, najczesciej oczy mi sie same zamykaja. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s